niedziela, 20 maja 2012

„Jeszcze angielska piłka nie zginęła” – napisałem, nieco górnolotnie, za pośrednictwem Twittera sekundy po wczorajszej wiktorii The Blues w finale Champions League. Prawda. Drużyna besztana od miesięcy przez obserwatorów, określana tworem bez trenera, do tego dołująca w Premier League, na koniec pełnego rozczarowań sezonu postanowiła zgarnąć trofeum w klubowej piłce najcenniejsze, o które bez powodzenia walczyła latami. Od roku 2003, kiedy ekipę z zachodniego Londynu przygarnął rosyjski miliarder Roman Abramowicz, na Stamford Bridge celowano w jedno: Puchar Ligi Mistrzów. Niecierpliwy właściciel w mgnieniu oka wypełnił klubowy skarbiec, sprowadzał grajków nad grajkami, zatrudniał trenerów nad trenerami, bez szemrania łechtał konta podwładnych, ponoć łącznie położył na klub prawie 3 miliardy dolarów! Gablotka Chelsea wzbogaciła się od tamtej pory o 3 Mistrzostwa Anglii, 6 krajowych pucharów i dwie Tarcze Wspólnoty. Mimo to Abramowicz cierpiał w VIP-owskiej loży coraz wyraźniej, upragnionego triumfu w Lidze Mistrzów nie zapewnił mu bowiem ani Ranieri, ani Mourinho, ani Grant, ani Scolari, ani Ancelotti, nie dotrwał do końca sezonu także Villas-Boas. Uff, koniec wyliczanki.

pl.uefa.com

Z sezonu na sezon w towarzystwie Abramowicza coraz bardziej pachniało pucharową obsesją. Zdobycze z krajowego poletka już dawno się przejadły a każdy z trenerów-kozaków, który ośmielił się wrócić na tarczy z europejskich wojaży, na momencie pakował walizki i wypadał jeden za drugim z londyńskiego obiegu. Zdesperowany włodarz zagrał przed odsłoną 2011/2012 iście pokerowo, na trenerskie siodło wrzucił Villasa-Boasa, młodzieniaszka z porządnym wpisem do CV – mistrzostwem Portugalii i triumfem w Lidze Europy, pakiet osiągnięty z Porto. Szybko przekonaliśmy się, że obwołanie Portugalczyka „nowym Mourinho” było, bardzo delikatnie rzecz ujmując, na wyrost. W szatni The Blues zapanowała anarchia, system nieszczególnie piłkarskim instytucjom dedykowany – gwiazdy mruczały pod nosem, trener z coraz mniejszym przekonaniem zabawiał tłumy na konferencjach prasowych, a wyniki… cóż, do przyjęcia co najwyżej u sąsiadów z Fulham, na pewno nie na Stamford Bridge. Rokowania były słabiuteńkie. Villas-Boas padł, nie wstał.

Z braku laku rozbabrany gwiazdozbiór przytulił w marcu Roberto Di Matteo, dotychczas asystujący na ławce AVB, facet przesympatyczny, przez drużynę w całokształcie akceptowany. I choć wciąż bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy Włoch dysponuje trenerskim warsztatem, czy też niekoniecznie na fachu się zna, jedno nie ulega wątpliwości – wodzirejem jest nieziemskim, morale ekipy wyrwało pod niebiosa bez najskromniejszej zwłoki, a że w sukurs umiejętnościom czysto piłkarskim przyszła nadzwyczajna kumulacja fortuny, to Chelsea sezon beznadziejny zamieniła na kapitalny. Odprawę w FA Cup dostał Tottenham oraz w finale Liverpool, z Ligi Mistrzów wypadły kolejno: Napoli, Benfica, Barcelona a wczoraj Bayern, i to na bawarskim gruncie. Jeżeli za pewnik przyjęlibyśmy, że fortuna sprzyja lepszym, znaczyłoby to, iż w Chelsea zebrali się najwybitniejsi kopacze globu. I tutaj chwytamy paradoks opowiastki – przez pierwsze lata rządów Abramowicza The Blues z automatu widnieli w gronie faworytów, w jakich rozgrywkach by nie grali. Kiedy jednak ocierali się o europejski prymat… a to Iniesta wypalił z niewiarygodnym strzałem, a to Terry zaliczył poślizg w serii rzutów karnych itd. itp. Teraz, gdy niespełniona brygada wreszcie marzenia spełniła, zewsząd słychać głosy o wyższości monachijczyków nad londyńczykami, o piłkarskiej niesprawiedliwości, która ubodła biednych Niemców, a rozstrzygnięcie rozpatruje się przez pryzmat sensacji, wszak wygrała drużyna do wygranej niezdolna.

A to przecież Bawarczycy przerżnęli sezon na własne życzenie. To nie Di Matteo, a Jupp Heynckes zrobił idiotyczną zmianę, posyłając w bój Van Buytena w miejsce Muellera – zachowanie godne pochwały w rodzimej Ekstraklasie, gdzie przy najskromniejszym prowadzeniu jedyną zagwozdką pozostaje, który z ofensywnych graczy plac opuści. Tak właśnie drużyna wiodąca straciła wczoraj cały polot. To również nie z winy Chelsea samolub Robben zepsuł kolejną kluczową „jedenastkę” w sezonie. Strzelać nie powinien, wiedziała to większość futbolowej krainy, tylko koledzy Arjena nie wiedzieli. To piłkarze Bayernu, gdy trzeba było akcję rozegrać ekspediowali futbolówkę kilometry od bramki Cecha, i to piłkarze Bayernu, gdy trzeba było uderzyć z uporem maniaka próbowali z piłką wleźć do bramki. Wszystko na odwyrtkę. Im dalej w las tym Bayern bardziej bladł, indywidualizm przykrywał grupę – jak w całym sezonie zresztą. Z grubsza sumując: drużyna, mająca potrójnie się ukoronować, została z gołą łepetyną.

Niemcy upokorzeni płaczą, fani Spurs szlochają nie mniej – wynik wyrwał im z rąk uczestnictwo w następnej edycji Ligi Mistrzów. A w niebieskiej części Londynu? Zawodnicy Chelsea wypłacili kibicom sowite zadośćuczynienie za wszystkie paskudztwa z przełomu 2011 i 2012 roku, z upadłych gwiazdeczek na powrót przeobrazili się w sportowców-herosów, zamiast szyderczych uśmiechów spotykają na ulicach szczere pokłony, prawdopodobnie są największym zwycięzcą zakończonego przed chwilą sezonu, nawet w obliczu krajowej obsuwy. Abramowicz ma, czego przez lata pożądał, Drogba zrzuca łatkę wiecznie przegranego finalisty, Lampard udowadnia wszem i wobec, że kopać wciąż potrafi, Cech wytrwale pracuje na miano najlepszego golkipera świata, Obi Mikel i David Luiz, do niedawna obiekty drwin, rozgrywali wczoraj wspaniały koncert; wymieniam z nazwiska, indywidualnie, ale prawda jest taka, że puchar wzniosła ku górze całość – wielka ekipa – przed chwilą żywcem grzebana, wspaniale odrodzona w natłoku nieprzychylności.

PS Co dalej z Di Matteo? Sorry, Roman, chłopak zostaje.

Facebookowy profil „Po przerwie”; Twitter „@Poprzerwie”;

poniedziałek, 13 lutego 2012

Tego spodziewać się nie mogłem. W ramiona blogowego edytora wepchnęli mnie na powrót nie czytelnicy, nie nagły przypływ pisarskiej woli, a... Zambijczycy. Ze skrajną ignorancją graniczyłby proces milczenia w kontekście wczorajszych, nad wyraz kapitalnych wydarzeń, które rozegrały się na gabońskim Stade d'Angondje. Właściwie to rozstrzygnięcia sprzed kilkunastu godzin są "jedynie" częścią niewiarygodnej historii. Historii kreowanej na naszych oczach podczas Pucharu Narodów Afryki przez ostatnie trzy tygodnie. Historii, która w swej niezwykłości tyka jednak wydarzeń znacznie dalszych - sprzed 19 lat.

http://i.iplsc.com/
Europejczycy mają swoje EURO, na włościach południowoamerykańskich pielęgnują Copa America, Afrykanie natomiast tańcują na myśl o Pucharze Narodów Afryki. Oczywiście w piłkarskim świecie istnieją jeszcze inne rozgrywki kontynentalne, ale ta trójka usadowiła się pod moją czupryną najdosadniej, od maleńkości. O ile Mistrzostwa Europy kojarzę stricte z panoszącą się zewsząd komercjalizacją sportu, o tyle w Copa America i PNA (tu przede wszystkim!) z zachwytem wynajduję pierwotną, dziewiczą nutę futbolu. Dlatego na przełomie stycznia i lutego spoglądałem głównie w kierunku afrykańskim, z bananem na twarzy niczym dzieciak opętany michą legendarnych klocków LEGO. Patrzyłem jak ci zarobieni w mocarnych ligach Europy, i ci stacjonujący w skromnych klubikach Czarnego Lądu też, zjeżdżają w jedno miejsce by walczyć o wymarzone trofeum. Trofeum, o którym marzyli w wieku pacholęcym, ale zarazem trofeum, którego znaczenie niecharakterni mogliby z łatwością zdeprecjonować - wystarczyłoby nałożyć na siebie dwa obrazy: dopieszczony w każdym calu majstersztyk Premier League po jednej stronie i futbolowy zaścianek w Gabonie oraz Gwinei Równikowej z drugiej mańki. A jednak ciągnie piłkarzy, tych znanych w świecie również, do zmagań na kontynencie przodków. Nikomu nie przeszkadza, że stadiony wcale nie epatują vipowskimi lożami; nie wadzi to, że murawy najczęściej przypominają jakością wielość trawników ze stadionu w Poznaniu; fakt, że sprawa rozgrywa się o medale, nie o rozpasły wór banknotów jest tu zjawiskiem całkowicie normalnym. Chwała im za to.

Nie trzeba wybitnie drążyć tematu by doszukać się faworytów kolejnych PNA, w zasadzie na długo przed startem turnieju występują pewne stałe u bukmacherów. W zależności od tego, kto akurat na turniej ("najlepsi" wcale nie mają takich przebieżek jak na Starym Kontynencie) awansował i kto dysponuje aktualnie najpotężniejszym arsenałem, listy otwierają: Egipt, Kamerun, Ghana, WKS, Senegal, Tunezja, Nigeria, Maroko, Algieria, RPA. Generalnie zwycięstwo kogokolwiek spoza wymienionych detronizuje na liście futbolowych sensacji - ot przykład bliżej znany - Greków z ME 2004. No i detronizacja miała miejsce wczoraj i najpewniej pogrążeni w ekonomicznym chaosie Grecy wcale nie pieją z zachwytu, że ze szczytu (subiektywnej co prawda) "listy sensacji" zrzucili ich akurat... Zambijczycy.

Obecność Zambii w finale PNA bynajmniej nie była przypadkowa. Owszem, i ja domniemywałem o beznadziejnym finale, gdzie potężne Wybrzeże Kości Słoniowej zmiażdży zambijskiego podlotka. Wnioskowałem, że ten sen o kontynentalnym prymacie maluczkich piłkarsko, niemal niekojarzonych z futbolem musi się w końcu skończyć. Nie skończył się. Po arcydramatycznym meczu, z finiszem w postaci dziewięciu serii "jedenastek", Zambia pokonała naszpikowanego gwiazdami rywala i po raz pierwszy sięgnęła po upragniony Puchar Narodów Afryki. Całość można by uznać za absolutny przypadek, niewiele znaczący wybryk piłkarskiego młokosa, który bazując na szczęściu przedarł się przez sześć turniejowych starć i cudem wyrwał pakiet złotych medali. Nic bardziej mylnego. Zambijczycy odprawili z kwitkiem Senegal, gospodarzy z Gwinei, a także afrykańskich krupierów: Ghanę i WKS. W przeciwieństwie do Otto Rehhagela - specjalisty ds. Greków AD 2004, trener Herve Renard wcale nie stawiał na niefajne catenaccio - Zambia grała naprawdę sympatyczną dla oka piłkę, techniczne przypadłości mieszały się nad wyraz skutecznie z konsekwencją taktyczną, co w Afryce na porządku dziennym nie stoi. Każde spotkanie z udziałem Chipolopolo (ponoć znaczy to: "Miedziane pociski") stanowiło następny odcinek bajki, w której całość skutkuje Happy Endem, mimo że uroczo kończyć się nie powinno.

Przyjmując maskę ignoranta, niezaangażowany obserwator miałby jeszcze czelność podważać niezwykłość poruszonej niezwykłości, gdyby nie historycznie umocowane tragiczne wydarzenie sprzed lat 19... Ledwie kilka kilometrów od miejsca, w którym Zambijczycy sprawili wczoraj ogólnoświatową sensację, w 1993 roku w katastrofie lotniczej zginęło 18 członków ówczesnej reprezentacji Zambii, a pokład samolotu pochłonął łącznie aż 30 istnień. Zbieg okoliczności sprawił, iż w katastrofie nie uczestniczył Kalusha Bwalya, najbardziej znany piłkarz zambijski (50 bramek w 100 reprezentacyjnych występach). Jego na pokładzie samolotu na szczęście nie było - miał do rozegrania spotkanie w rozgrywkach klubowych, w barwach PSV. Zwycięstwo dedykował wczoraj legendzie Renard, całej kadrze z 1993 roku triumf słali obecni bohaterowie. Na boisku i na trybunach modły przeplatały się z tańcami, radość ze smutkiem, niedowierzanie z rzeczywistością.

Cudowność nie do opisania. Prawdopodobnie, jako wielce oświeceni Europejczycy i światowcy-kosmopolici, nigdy nie nauczymy się cieszyć tak pięknie.

--

Facebookowy profil "Po przerwie"; Twitter "@Poprzerwie";

poniedziałek, 09 stycznia 2012

The Best of Po Przerwie 2011 czas kończyć. Wszystko co dobre, szybko się kończy. Oby w 2012 roku natchnienia autorowi nie zabrakło; żebyśmy nagromadziliśmy sporo materiału ku następnej edycji „wspominek”; no i obyśmy napotykali  na swej czytelniczej drodze jak najmniej bzdurnych, nazbyt lekkich, idiotycznych wręcz treści – tak charakterystycznych dla współczesnych mediów. Tego życzę i Wam, i sobie!

Listopad

Ronaldo ustrzelił już ponad setkę bramek w barwach Królewskich, Messi uzbierał ich ponad dwieście dla Blaugrany. Przyznacie, wyniki to fenomenalne, po części wynikające z indywidualnego geniuszu, po części - nawet sporej - ze współpracy z najlepszymi w branży. Historia piłki nożnej i sportu w ogóle, zna jednak człowieka, któremu Messi i Ronaldo mogą nie podskoczyć nigdy, przynajmniej nie statystycznie. Co powiecie na 1065 bramek przy rozegranych 1052 meczach?!

Wacław Kuchar

„Sława a chwała”

(…) I wszystko to wyszło spod polskich kończyn, co prawda w dalszej przeszłości, ale jednak. Takim oto osiągnięciem szczycił się śp. Wacław Kuchar, w latach 1912-1934 napastnik Pogoni Lwów, w międzyczasie wspomagający polską drużynę narodową (nie tylko piłkarską...).

(…) Jeśli liczba przekraczająca 1000 (słownie: tysiąc) bramek niewiele Wam mówi, dorzucę ku pamięci Wacława Kuchara inne osiągnięcia: Mistrzostwo Polski w biegu na 800 metrów, 110 metrów przez płotki, 400 metrów przez płotki, a także trójskoku, skoku wzwyż i dziesięcioboju! Ten lekkoatletyczny fenomen reprezentował jeszcze Polskę w łyżwiarstwie szybkim oraz w sportach zespołowych: piłce nożnej i w hokeju. Przekrój dyscyplin niewiarygodny, nieprawdopodobny, osiągnięcie unikalne i ponadczasowe. (…) Współcześni herosi parają się z reguły jedną profesją, zgodną z ich predyspozycjami. Jak mawiał bliski mi trener lekkoatletyczny - Waldemar Nowotny, opiekun polskich paraolimpijczyków, znakomity szkoleniowiec młodych biegaczy: "na rzemieślnika wyszkolić można każdego, kto wyraża chęć do nauki i pracy. Z pogoni za pieniądzem gwiazdy nie uformujesz, z zapaleńców niewielki procent szczyci się w przyszłości wynikami rekordowymi w skali regionu, kraju i świata." Kuchar do filantropów nie należał, zabrał podczas zawodniczej kariery mnóstwo radości innym sportowcom w dyscyplinach najróżniejszych - okaz w przyrodzie niemal niespotykany.

Slangiem współczesnych mediów: w piłce Kuchar rozstrzeliwał bramkarzy jak Pele, charakteryzował się lojalnością Maldiniego, w zmaganiach lekkoatletycznych zgarniał medale niczym przedziwna mutacja Szordykowskiego, Szmidta i Partyki*, w całokształcie dysponował wszechstronnością mitycznego tytana. Mało kto pamięta, mało kto wie, kim w ogóle był bohater dzisiejszego odcinka - cóż, żyjemy w erze telewizji, co gały nie widziały, to nieprawda. Wieści z kolejnych zdobyczy Kuchara docierały do ogółu społeczeństwa nie w minuty, a dni po godnym uwagi wydarzeniu. Pal licho! Nie o sławę chodziło. (…) Obecnie "sport" równa się "kasie". Medale olimpijskie podczas każdej transmisji są wyceniane przez komentatorów na konkretne kwoty, komentatorzy przekazują sponsorskie informacje nam, agenci sportowcom. Niegdyś kasy nie było, sportowcy żądali medali, konkretnie złotych - duma rozpierała polskiego kibica, duma rozpierała zwycięzców, liczył się prestiż. Kuchar stanowi najcelniejszy przykład człowieka renesansu o zacięciu sportowym, starożytny atleta przeteleportowany w XX wiek - nasz polski, nie przyszywany. Okryty chwałą, większości nieznany.

Media doszukują się zewsząd "polskich Messich", ekscytują się "polskimi meczami" na obczyźnie, a ostatnimi czasy cieszy nawet "gruziński Messi" z ekstraklasy... Wszystko to sztuczne, naciągane i, delikatnie mówiąc, położone z dala od prawdy. Czy nie lepiej pielęgnować w gazetach, w kuluarach i komentarzach internautów pamięć o wybitnym polskim sportowcu, miast szukać na siłę niezwykłości w miejscu, gdzie być ich nie może?

--

Taśmy nagrywane sukcesywnie przez Grzegorza Kulikowskiego należy uznać za taśmy prawdy o Polskim Związku Piłki Nożnej, tak właśnie funkcjonują struktury tejże paskudnej organizacji, w taki sposób rozgrywają się za plecami milionów Polaków układy i układziki.

„Taśmy prawdy PZPN”

Grzesiu i Zdzisiu

(…) choć wielu zdążyło już uznać Prezesa Grzesia i Sekretarza Zdzisia za winnych udziału w grabieżczym procederze, prokurator nie znajdzie argumentów by sąd o tym przekonać. No chyba, że zewsząd niczym zombie zaczną wyłazić zastępy świadków, pojawią się nowe, konkretniejsze nagrania i z materiału o "dychach, bańkach", okraszonych niejedną swojską "kurwą" otrzymamy solidny materiał dowodowy, świadczący o skandalicznych nieprawidłowościach przy przetargach na nową siedzibę PZPN i może też innych akcjach, wskazujących na najróżniejsze odmiany niegospodarności i braku celowości w powziętych przez PZPN inicjatywach.

(…) Kariera polityczno-działaczowska poczciwego Grzesia to rozrośnięta seria zadziwiających zbiegów okoliczności, która ukazuje, że kolesiostwo ma się dobrze, a i wyborcy szczególnie rozgarnięci nie są - przypominam bowiem, iż szanowny pan Prezes, mimo swoich wszelakich ułomności, zasiadał już w Senacie RP, prezesura przyszła później. Wątpię w wybitną moc sprawczą taśm Kulikowskiego, one również kariery Laty nie zastopują. Pozycja Prezesa PZPN otacza wybranego solidnym pancerzem, przesłaniającym przed ugodzeniem niemalże jak poselski immunitet - odwołanie Prezesa PZPN może nastąpić z inicjatywy samego Prezesa lub Komisji Rewizyjnej, która problemu nie widzi nawet w działalności marketingowca Gołosa. Co więcej, gdyby Lato nie uzyskał na ledwie zakończonym zjeździe absolutorium, odejść by nie musiał, jak sam zainteresowany mówi: "to takie ostrzeżenie, weź się do pracy". Pracownikom polskich firm i korporacji zapewne nie mieści się to w głowie, w PZPN-ie to jednak normalka, czasem tylko aktywiści prezentują zdziwione oblicze, gdy ktoś próbuje im uzmysłowić durnotę tej konstrukcji. A gdyby w poczuciu bezsilności wybitnie krnąbrny polityk zdecydował się na ulokowanie w siedzibie kuratora, po stronie związkowców staną ławą mocarne: UEFA i FIFA, grożąc wykluczeniem naszej reprezentacji z międzynarodowych rozgrywek. Tak, reprezentacja jest kartą najsilniejszą, to nią się straszy i handluje podczas szeregu wojaży - dla dobra i rozwoju polskiej piłki oczywiście.

Taśmy, mimo że jedynie uwypuklają to o czym dywagujemy od dawna, są szokujące. Korupcji w nich tyle co nic, kolesiostwa i warcholstwa aż w nadmiarze. Tak wyglądają schadzki włodarzy, tak prezentują się ci, których facjaty będzie oglądał cały piłkarski świat w trakcie Mistrzostw Europy 2012. (…)Zamiast skakać z radości, myślimy o uniknięciu kompromitacji, żyjemy wśród sterty przypuszczeń: czy aby na pewno biletów nie przehandlowali, ile z kasy na rozwój młodzieży mają dla siebie, skąd taka autonomia dla bagiennej instytucji, w końcu - dlaczego takie warchoły, buce i ćwierćinteligenci zarządzają iście potężną, niezniszczalną organizacją. Wszystko w ramach przedziwnego, "dziurawego" ulokowania stowarzyszenia PZPN w systemie prawnym, na przekór kibicom, ku wypełnieniu własnego garnuszka.

Struktura pezetpeenowska przebijała w 2011 roku raz za razem własne durnoty, działacze wciąż ostrzeliwali sobie stopy, niemal każde działanie związkowców nie zgadzało się z oczekiwaniami kibiców – od spraw stadionowych, przez biletowe, aż w końcu wycięto nawet orła z biało-czerwonych trykotów, co ubodło nas najmocniej; brakowało sensownych działań, których realizacji przeszkadzały sarmackie wyżerki, niejednokrotnie zakrapiane alkoholem.  Dlatego na miesiące przed wspaniałym w zamyśle turniejem, rozgrywanym po części na polskim gruncie, my - Polacy - nieszczególnie się cieszymy, zewsząd nie atakuje nas pro-mistrzowska, pozytywna histeria.

--

Grudzień

Bodaj Alan Hansen przewidywał przed ostatnią kolejką fazy grupowej, że w nadchodzącym 2012 roku zobaczymy na niwie Ligi Mistrzów ledwie dwa angielskie zespoły. Niemożliwe stało się możliwe. Arsenal, mimo że uważany za szaraczka wśród brytyjskiego kwartetu, okiełznał przypisanych mu grupowiczów jako pierwszy, wczoraj doszlusowała do fazy knockout londyńska Chelsea. Dwójka z Manchesteru hucznie wyleciała z europejskiej elity do Ligi Europy, wraz z nimi Porto, Valencia i Ajax.

foto: http://m.onet.pl/

„Mocarze i podlotki”

Reforma Platiniego, upychająca słabsze kluby i klubiki w czeluściach Ligi Mistrzów, groziła ponoć wymordowaniem maluczkich przez nienasyconych drapieżców. Tytani futbolu mieli przejechać się po bezbronnych gościach w fazie grupowej i po najmniejszej linii oporu awansować dalej, bezbronni mieli natomiast dostarczyć tytanom gratisowych punktów i ewentualnie pomyśleć o udziale w wiosennej odsłonie Ligi Europy. Tymczasem żółtodzioby żyły wizją zupełnie odmienną, niepodważalnie wielkich podważyli, brutalnie wyrżnęli, wywalili z Ligi Mistrzów - z Ligi Mistrzów, na którą dotychczas nie wolno im było spozierać z charakterystyczną dla rosnących w siłę zachłannością. Grają dalej podlotki: Napoli, Basel, APOEL, na murawach mniej czcigodnych pohasają: Manchestery, Valencia i Porto.

(…)

Pojęcie klęski opatula dziś kolosów, chwała łechta pogromców skazywanych na porażkę. Dla jednych to piękno futbolu, inni skandaliści z pogardą patrzą na heroicznych zwycięzców, obwieszczając drętwotę w dalszej części Champions League. Nonsens. Czyż nie o to właśnie chodzi w zespołowej grze zwanej piłką nożną, futbolem, a w innych krainach geograficznych i kulturowych soccerem? Czyż nie po to postronny obserwator z natury rzeczy kibicuje skazanemu na porażkę, by utrzeć nosa faworytom i zaśmiać się w twarz piewcom wielkości największych? Mieliśmy dziś szczęście, świadkowaliśmy istocie sportu - nie kasa rządzi światem, goliat też czasem pada, najróżniejsze okoliczności kreują kapitalny, nieraz niespodziewany bieg zdarzeń, wszystko to buduje historię, którą będziemy dzielić się latami.

Liga Mistrzów z braku kilku firm nie ucierpi, natomiast wiosna w Lidze Europy może okazać się wybitnie ekscytująca.

--

Okno transferowe już otwarte. Menedżerowie wespół z klubową dyrekturą  korygują budżety i przeglądają listy transferowe. I choć utarło się, że proces budowania drużyny wypada w czasie letnim, to większość lubi przejrzeć branżową ofertę by z pomyślunkiem uzupełnić skład, część z przymusu klei kadrowe dziury, jeszcze inni jak hieny szukają byle okazji, spoglądając nawet na lekko nadpsuty towar. Oto osobliwy postulat – zakupowicze, nie wrzucajcie Teveza do koszyka!

Tevez out

„Embargo na Teveza”

Nie dalej jak w zeszłym sezonie Tevez prowadził The Citizens do Ligi Mistrzów, wcześniej jako zawodnik United szarpał do najmniej istotnej piłki, atakował rywali niczym rozjuszony dzik, a teraz... a teraz depresja, otyłość, fochy - dramat generalnie, upadek wielkiego wojownika i wyborowego strzelca. Przez czas jakiś Mancini dobrodusznie tolerował humory niesfornego podopiecznego, zezwalał stęsknionemu Carlosowi na rodzinne schadzki, pomagał zatroskanej biedaczynie w powrocie do formy fizycznej, głaskał i koił niepokorną gadzinę w nadziei, że ten odwdzięczy mu się wkrótce znakomitą grą i kolejnymi trafieniami. Argentyńczyk odpowiedział menedżerowi zgoła inaczej, odmawiając wyjścia na boisko we wrześniowym spotkaniu z Bayernem ostatecznie podpalił lont, który sam konsekwentnie wygrzewał od wakacji.

Niedorzecznie wygląda kazus Teveza. Klient śmie pobierać z klubowej kasy niewyobrażalne dla większości śmiertelników pokłady pieniędzy, zamiast warować na wszelakie zawołanie szefostwa, stawać na baczność po menedżerskim kiwnięciu makówką, Argentyńczyk odmawia pomachania kończynami, strzela kilka niefajnych min i potrafi bez zgody pracodawcy opuścić zakład pracy bo akurat zachciało mu się posiedzieć w ojczyźnie. W zasadzie niewyobrażalna sytuacja i gdybyśmy jej naocznie nie przerabiali, byłby spory problem z wiarą w tevezową przypowieść. Cieszy natomiast, że klubowe władztwo stanęło murem za wkurzonym na piłkarzynę Mancinim i pogroziło chłopczykowi palcem, co w przegwiazdorzonym środowisku wcale nie było taką oczywistą reakcją.

Z punktu widzenia niebieskiej części Manchesteru należy Argentyńczyka wywalić na zbity pysk, już za chwilę, gdy tylko okienko transferowe się uchyli. Szczególnie łatwo o zadowalającą strony roszadę jednak nie będzie, za darmo gwiazdora szefostwo nie puści a sama zakała straciła od wakacji sporo na wartości. (…)Wszystkim szanującym się klubom proponuję solidarne wprowadzenie embarga na Teveza - krnąbrnego napastnika nie kupować choćby na sporej przecenie, ku przestrodze jemu podobnych oszołomów! Nie chodzi bynajmniej o brak wiary w to, że Argentyńczyk przypomni sobie jak uprzykrzać życie bramkarzom, a o wątpliwej jakości świadectwo pracy, którym się legitymuje, bo o ile piłkarskie CV uskładał znakomite, o tyle w kwestiach pozaboiskowych zawsze zostawiał po sobie smród.

Wiem, utopia. Chętnych na usługi Teveza nie zabraknie, zawsze znajdzie się klub lub jednostka, która skundlonego bogacza poratuje kieszonkowym. Takie czasy, o solidarności rynkowej nie ma mowy.

--

Koniec odcinka 6. Ostatniego.

--

Facebookowy profil "Po przerwie"; Twitter "@Poprzerwie";

sobota, 07 stycznia 2012

Wrzesień

Przyznacie sami, że jedynka i dwa zera, to całkiem godna liczba występów w czasach, gdy rozkapryszone gwiazdy nie mogą usiedzieć w miejscu, wciąż dryfując między pojęciem klubowej lojalności, a pokusą zmiany otoczenia. Nani, mimo lepszych i gorszych dni na Old Trafford, trzyma z Fergusonem od 2007 roku, a sezon 2011/2012 nareszcie rozpoczynał z uśmiechem na twarzy, mając świadomość zapotrzebowania na własne usługi.

Luis Nani

„Po setce. Nani wychodzi z cienia”

Do tej pory z samopoczuciem Portugalczyka bywało różnie, a to jego blask przysłaniał Cristiano Ronaldo, a to daleki od pozy gladiatora skrzydłowy cierpiał obijany przez rosłych obrońców, a to Ferguson nie widział dla niego miejsca w autorskiej układance akurat wtedy, gdy podopieczny zamierzał zawojować świat – zawsze coś. Najbardziej wkurzający był ten Ronaldo, nie to żeby Luis Cristiano nie lubił, ale ciągłe porównania do reprezentacyjnego kolegi wkurzyłyby największego stoika.

Po wczorajszym jubileuszu morał jest jeden - Nani pracuje na swoje indywidualne konto, jego "setka" wygląda naprawdę imponująco: 19 bramek i 33 asysty, przeciw 19 bramkom i 12 asystom Cristiano Ronaldo. Teraz wiecie, dlaczego na Old Trafford za Ronaldo już nikt nie tęskni. Nani jest bardziej układny, skory do współpracy, skuteczny, a przy tym przebojowy i – wbrew wcześniejszym zaleceniom bossa - wciąż efektowny. Takich aktorów widownia Teatru Marzeń oklaskuje z przyjemnością.

Rozkwit talentu Naniego powstaje z sumy wielu czynników piłkarskich (wszak trening czyni mistrza), jak również okolicznościowych - wymienię z brzegu: odejście Ronaldo do Realu, sukcesywna zmiana usposobienia Brytyjczyków ku piłce mniej siermiężnej, i najważniejsze - Portugalczyk jest trybem idealnie spasowanej maszynki. Wsparcie Fergusona, zaufanie do własnych umiejętności oraz posłuch wśród młodszych kolegów, dodatkowo ładują baterie, pieszczą ego jubilata, jednocześnie pozwalając na realizację zagrań, o których inni nawet by nie pomyśleli. Tak rodzi się piłkarski geniusz.

No i właśnie. Dobrze żarło, ale zdechło. Po rewelacyjnym starcie sezonu, Nani z kolegami wyraźnie obniżyli loty, rozgrywają sezon nie w diabelskim stylu. Nie to żeby United grali w tym sezonie wybitnie słabo, ale mecze świetne bądź dobre, przeplatają ze średnimi bądź fatalnymi. Po rozstrzelaniu Szczęsnego (8-2), sami zostali rozstrzelani w derbach Manchesteru (1-6), na dniach bili Fulham i Wigan (po 5-0), by następnie polec z Blackburn (2-3) i Newcastle (0-3). Do tego wpadka w Pucharze Ligi z Crystal Palace i wypad z elity Ligi Mistrzów już w fazie grupowej. Sezon uratować mogą jedynie pakietem: Premier League + Liga Europy. Nani pomoże?

--

Liga Mistrzów 2011/2012 miała być dla nas, Polaków, wydarzeniem szczególnym. Przynajmniej zewsząd płynęły takie spostrzeżenia, media za wszelką cenę próbowały wmówić nam że to „polska Liga Mistrzów”. Fakt, w składach poszczególnych drużyn naszych wielkich herosów nie brakowało, a im właśnie, znów jako Polacy powinniśmy  koniecznie kibicować. Koniec końców, zabiegi promujące „polskie spotkania” ocierały się o śmieszność. Liga Mistrzów, nasza, tylko nasza!

Trio z Dortmundu

„W poszukiwaniu polskości”

Nie wiem kto lub co zapoczątkowało ten przedziwny trend, że niemal każde spotkanie klubów zagranicznych z udziałem Polaka nosi miano "polskiego meczu", czy w lidze, czy w pucharze, wszystko jedno - w tych poszukiwaniach osiągnęliśmy już pułap śmieszności. Nie ma kolejki niemieckiej Bundesligi bez "polskiego meczu", już nawet nie potrzebujemy obcowania z połową polskiego składu, zadowalamy się pojedynczym rodzynkiem w pierwszej jedenastce i hola! Niech polski zespół zwycięża!

Tytułowa polskość wali do nas drzwiami i oknami, a podwalin tego stanu rzeczy szukać można - jak to zwykle bywa - na rozmaitym gruncie, przede wszystkim poszukujemy tego, czego w matczynej lidze, w najbliższym sąsiedztwie, uświadczyć nie sposób. Skoro więc poziom Ekstraklasy kuleje, przenosimy uwagę tam, gdzie Polak stanowi element tworu poważniejszego. Stąd niedaleko do wniosku numer dwa: brakuje nam piłkarskich sukcesów na własność.

Dawno już minęły czasy, kiedy polską drużynę narodową zaliczano do potęg w świecie sportu, od przygody Widzewa nie obserwowaliśmy polskiej ekipy w Champions League, z rzadka mieszamy na arenie międzynarodowej i nawet wyjątki od reguły, jak zeszłoroczny Lech, nie pozwalają nam wymazać futbolowego niespełnienia. Wypatrujemy więc, choćby na najdalszym widnokręgu sukcesików z Polakiem w tle, co przy zachowaniu umiaru wcale nie jest zjawiskiem anormalnym.

No i właśnie tego umiaru najczęściej brakowało, a naprawdę trzeba było czuwać, żeby nie zwariować - polskich meczów nastrugaliśmy w tej edycji Pucharu Europy naprawdę od groma... Była nasza Borussia, Lille, Arsenal, Trabzonspor, od biedy nawet Genk Sandomierskiego i United z Kuszczakiem. Ostali się li tylko Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański, pierwszy w kanonierskiej bramce, drugi na kanonierskiej ławie.

--

Na starcie nadwiślanej działalności Maora Meliksona, gdy legitymował się zaśniedziałym, ledwie jednym sparingiem w izraelskiej kadrze, wizja ewentualnego powołania do polskiej kadry wyglądała znośnie. Do tego biorąc pod uwagę umiejętności piłkarza, trzeba było jegomościa najzwyczajniej w świecie zwerbować. Tak się oczywiście nie stało, za co od biedy można obarczyć sztabowców Smudy, choć to sam Melikson, bez użycia środka przymusu zdecydował się na drugie podejście do kadry Luisa Fernandeza - zresztą podejście skuteczne, wszak dla Izraela grał i strzelał. Nagle przypomniał sobie jednak, że Euro tuż, tuż, i że Polska też da się lubić…

Maor Melikson

„Maor Melikson. Kochliwy kosmopolita”

(...) Podążając za przepisami FIFA, traktującymi o reprezentacyjnej przynależności zawodników, piłkarz "związuje się" z konkretną kadrą dopiero poprzez rozegranie meczu "o punkty", czy to w eliminacjach mistrzowskich, czy podczas turnieju głównego. Takich spotkań Melikson na koncie nie ma, sparingowych rozegrał dwa. We wczorajszej sesji sparingowej strzelił dwie bramki przeciwko WKS.

(...) Przy nazwisku Meliksona żadnej zagwozdki nie widzę. Piłkarz z Izraela ruszył się niecały rok wstecz, polskiego języka szczególnie nie ogarnia, a podczas fety mistrzowskiej biega przy Reymonta z flagą nie biało-czerwoną, a biało-niebieską. Nawet przy założeniu, że serce śmie bić w innym kierunku, niż biegają nogi, Maora należy proklamować reprezentantem Izraela, a wszelkie nadzieje na jego grę z orzełkiem na piersi porzucić.
(…)
Jeżeli bowiem piłkarz dostaje powołania (nie okazjonalną, jedną sztukę) od Luisa Fernandeza, decyduje się z nich korzystać, następnie całkiem świadomie występuje w meczu międzypaństwowym, a do tego strzela bramki, to i najdziwniejsze przepisy - prokurujące transfery reprezentacyjne - nie pomogą. (…) Kochliwy ten Maor, a przy tym kosmopolita. 11 sierpnia występuje w reprezentacji Izraela, 25 sierpnia w wywiadzie dla oficjalnej strony Wisły Kraków potwierdza, że tematu kadry polskiej nie ma od jakiegoś czasu, i że to przemyślana decyzja, teraz - niedoceniany w ojczyźnie numer jeden - wybiera ojczyznę nr dwa. Takiego przypadku w polskich stosunkach import-eksport jeszcze nie doświadczyliśmy.

Cóż, parcie na wynik i chęć piłkarskiej promocji ewidentnie górują nad przywiązaniem do narodowych barw i szeroko rozumianym patriotyzmem. Trend rotowania flagami zapoczątkowała bodaj lekkoatletyka, trafniej to działacze i zawodnicy, co by sportowo ubożsi trochę medali na dystansach uzbierali. Teraz futbol świadkuje paszportowej żonglerce, która zaciera ideę reprezentacyjnej wyjątkowości i zrównuje rynek reprezentacyjny z klubowym. A nie, przepraszam. W rzeczywistości klubowej istnieje chociaż ogranicznik w postaci okienka transferowego.

Skutek zamieszania: Maor nie gra ani dla Polski, ani dla Izraela.

--

Październik

Jeden z bardziej przykrych epizodów na „Po przerwie”, ukazujący degrengoladę polskiego środowiska arbitrażowego – z piłkarskiej dziedziny oczywiście. Machinę rozruszał Rafał Rostkowski (sędzia międzynarodowy). W tekście dla Przeglądu Sportowego odniósł się do swoich doświadczeń ze współpracy z Januszem Eksztajnem (szefem Kolegium Sędziów PZPN). Eksztajn miał nakłaniać Rostkowskiego do poświadczenia nieprawdy (poszkodowany złożył w tej sprawie doniesienie do prokuratury) i - co potwierdzone - wykluczył go z grona sędziów międzynarodowych. Poruszony kwestią uruchomiłem małe śledztwo w terenie i niestety okazało się, że nieprawidłowości zaczynają się „od dołu” zdegenerowanej sędziowskiej struktury. Szok – zamieszczam tekst niemal w całości, warto przeanalizować.

Referee

„Sędziowskie piekiełko”

(…) Tekst w PS nosi znamienny tytuł "Zmowa milczenia" - w rzeczywistość sędziowską wpisuje się znakomicie. Wypowiedzi krajowych arbitrów dla prasy to rzadkość, dla potrzeb telewizyjnych wyznaczani są wysłannicy, którzy prawią w imieniu "kolegów", właściwie wszystko co z sędziowaniem związane owiane jest jakąś niepojętą tajemnicą w imię "dobra środowiska" i innych temu podobnych frazesów.

W obliczu praktyk stosowanych przez Kolegium Sędziów PZPN można nawet zrozumieć absolutny brak zaufania kibica wobec piłkarskiego arbitrażu. Kibic swój rozum ma, skoro więc ukrywają przed nim informacje by chronić czystości futbolu, to znaczy, że piorą brudy we własnym gronie.

Rostkowski jako jeden z niewielu puścił parę z ust, zapewne w poczuciu rozżalenia powiedział więcej niż chciał, a na pewno więcej niż jest w stanie znieść arbitrażowe szefostwo, stąd też ten, który przerwał zmowę milczenia może sobie poszukać nowej pracy. Chyba, że w międzyczasie pieprznie cała zawirusowana nepotyzmem i kolesiostwem instytucja centralnego sterowania arbitrażem. Tak jak milczą sędziowie wyższych klas rozgrywkowych, tak skorzy do rozmowy bywają Ci z klas niższych, a do powiedzenia mają sporo ciekawostek.

Dotarłem do jednego z arbitrów niższych klas rozgrywkowych Kujawsko-Pomorskiego ZPN, którego nazwiska nie podam, bo - jak sam twierdzi - "wyleciałby z listy na zbity pysk", a w najlepszym przypadku pogwizdałby już tylko w mało znaczących meczach młodzików. Ów 25-letni chłopak rozpoczął kurs sędziowski 3 lata wstecz, miał więc lat 22. Już wtedy w padoku mógł usłyszeć, jaki jest maksymalny pułap w jego karierze - I liga, bo jest za stary by przebrnąć przez wszystkie szczeble rozgrywkowe (doprawdy mamy ich tak wiele?), a pogląd przedstawiono w momencie, gdy rozmówca nie rozpoczął na dobre arbitrażu... Ot, takie wytyczne. Możesz być materiałem na klasowego arbitra, być bliską ideału jednostką z połączenia Colliny, Polla i Michela, mieć znakomity przegląd pola i boiskowe wyczucie, a i tak jesteś skazany na uznaniowe decyzje przełożonych.

Naturalnie kryterium wieku nie ma swojego odniesienia do osób powiązanych z działaczami - oni, jako wybitnie uzdolnieni, mają szansę na karierę międzynarodową, mimo że piłkę znają jedynie z telewizji. Mój rozmówca grał na poziomie trzecioligowym, a w trakcie pięciu lat studiów prowadził rozgrywki ligi studenckiej. Na meczach z jego udziałem na próżno szukać wysłanników, oceniających postępy i ustalających późniejsze rankingi. Z rozmowy wyszła więc kolejna patologia: doświadczenie boiskowe i pozaboiskowe nie mają przełożenia na potencjał jegomościa, no chyba, że osoba na działaczy "ma haka", dysponuje "identycznym jak szefostwo nazwiskiem" lub wie z kim ma w przeddzień przydziału meczów "imprezować". Wierzyć się nie chce.

Gdy czytam wypowiedź Rostkowskiego jest mi przykro, bo z tym gnojem mamy do czynienia za światłych, "niekorupcyjnych" czasów i wkurzam się, bo sam pośrednio w procederze uczestniczę - chodząc na mecze, czy oglądając je w telewizji. Gdy jednak rozmawiam z rozżalonym młodym człowiekiem, który ma chęć by działać w sędziowskim fachu, ma ku temu predyspozycje, a od samego początku jest skazany na klęskę, to krew mnie zalewa. Ostatnie tygodnie stoją pod znakiem niebywałego blamażu rodzimych sędziów, niezdolnych do odróżnienia ręki od ramienia, faulu od przypadku, o spalonych nie wspominając, a wszystko ze znaczącym wpływem na ostateczne rozstrzygnięcie. Korupcyjnych zawiłości doszukiwać się nie będę, licząc - może nazbyt naiwnie - że to niechlubna przeszłość naszej piłki kopanej, już nie do powtórzenia. Jednakże degeneracji polskiej struktury sędziowskiej za mrzonkę nie uznam, przypadku w beznadziei sędziowania nie ma, skoro najzdolniejsi - Ci bez nazwiska i kalendarza pełnego kontaktów - już na starcie dostają obuchem w łeb.

Dziś Eksztajn nie rozporządza już Kolegium Sędziów, został z funkcji usunięty. Czy wraz z nim wyparowało całe sędziowskie zło? Wątpliwa sprawa, wielu zdziadziałych piłkarskich pokerzystów dekadami pracowało na to, by piekło zorganizować. Czeka nas kupa pracy ku przywróceniu normalności, pracy organicznej – u podstaw.

--

Karta Kibica Reprezentacji Polski. A może trafniej Karta Kibica PZPN? Ów plastik kosztuje złotych trzydzieści dwa. Niby niewiele. Pytanie tylko, czemu sama karciana instytucja ma w zamyśle włodarzy związkowych służyć. Po kowieńskich burdach sam nawoływałem do wprowadzenia jednolitego systemu identyfikacji, systemy karcianego. PZPN wdrożył temat po swojemu.

KKRP

„Karta Kibica Reprezentacji Polski. Siedem grzechów głównych”

Minęło kilka tygodni i PZPN zapowiedział wdrożenie "innowacyjnego" systemu kart. Fajnie. Obecnie Klub Kibica Reprezentacji Polski stopniowo się rozrasta. Fajnie. Problem polega na tym, że o ile zakup karty kibica klubu X lub Y wiąże się z namacalnymi przywilejami, o tyle przystąpienie do Klubu Kibica Reprezentacji Polski wygląda jak składanie haraczu za "przywilej" kibicowania reprezentacji. Po pierwsze, kluby rozgrywają spotkania w liczbie niewspółmiernie większej w stosunku do drużyny narodowej. Po drugie, kluby grają kilkanaście razy w roku w naszym mieście, kadra rozjeżdża się po najróżniejszych regionach Polski, a ostatnio to i nawet globu. Po trzecie, bilety na mecze reprezentacji kosztują na tyle dużo, że karta kibica powinna być sprzedawana po kosztach, jeśli nie rozdawana w gratisie do zakupionego biletu. Po czwarte, skandalicznym jest konieczność zakupu karty kibica reprezentacji by wziąć udział w losowaniu dodatkowej puli biletów na EURO 2012. Po piąte, system winien być zintegrowany, to jest jedna karta dla kibica klubu i reprezentacji. Po szóste, przychód z Kart Kibica Reprezentacji Polski w niejasny sposób dzieli między sobą PZPN i pośrednik Sportfive, o czym doniósł dzisiaj Jacek Masiota (prawnik, członek Zarządu PZPN) w Cafe Futbol. Po siódme w końcu, KKRP działa w formie spółki z o.o., o której zarządzie i kapitale nie mają pojęcia nawet członkowie Zarządu PZPN (docelowo mówimy o rozporządzaniu dziesiątkami milionów złotych!).

Listę przytyków można wydłużać i przeciągać, są one bardziej lub mniej namacalne, zasadniczo widać jednak pewną patologię - karta kibica zamiast służyć zwiększeniu stadionowego bezpieczeństwa, służy raczej jedynie słusznej dla PZPN-u wizji napychania związkowego portfela i skubania kasy z polskiego kibica.

--

Koniec odcinka 5. Cdn.

--

Facebookowy profil "Po przerwie"; Twitter "@Poprzerwie";

piątek, 06 stycznia 2012

Sierpień

Rzecz o człowieku niezwykłym, w swym klubie dozgonnie zakochanym, postaci o ustach nieznoszących zamknięcia, typie, który z pierwszych stron gazet schodzić nie lubi, obliczu tyleż kontrowersyjnym, co prokurującym naprawdę skrajne opinie.

de Laurentiis

„Producent filmowy kręci w futbolu”

Oto przykład nie lada gagatka. Mówi dużo i zgrabnie - przy tym z daleka zaciąga ironią i zuchwalstwem, charakterem dysponuje trudnym - jest wybuchowy, nie dzierży zdania odmiennego, klub jednak buduje niezwykle wytrwale i skutecznie - od 2004 roku Napoli sukcesywnie podążało od Serie C w górę, aż dobrnęło do nadchodzącej Ligi Mistrzów 2011/2012. Najjaśniejszą postacią drużyny z Neapolu był oczywiście prezes de Laurentiis, on zgarniał gwiazdom - Hamsikowi, Cavaniemu i Lavezziemu - czołówki gazet.

(…)

De Laurentiis transferów z klubu nie uważa, na pogłoski o przenosinach piłkarzy w kierunku brytyjskim stwierdził, że "w Anglii żyje się źle, jedzenie jest ohydne, a tamtejsze kobiety nie myją genitaliów". Gdy w 2009 roku Lavezzi przebąkiwał o odejściu z klubu, prezes rzucił, że "sportowcy z usług prostytutek nie korzystają". Na pytanie o występy drużyny w Lidze Europy burknął, że "takie rozgrywki ma w dupie", a niedawno Messiego obwołał "kretynem", bo ten pojechał na Copa America "grać z idiotami, którzy nie wiedzą jak go na boisku wykorzystać.". Z tekstów Il Presidente uciułałby już całkiem niechudy i językowo cięty tomik.

Jako że de Laurentiis okazuje jawną niechęć do dni spokojnych i nieskandalicznych, w weekend mieliśmy kolejny pokaz prezesowych możliwości, dla jednych zabawnych, dla innych wieszczących konieczność spisania adnotacji przez lekarza-specjalistę. Poszło o "zwykłe" losowanie terminarza rozgrywek Serie A na sezon najbliższy. Il Presidente, dowiedziawszy się, że jego zespół kilka dni po meczu Ligi Mistrzów przetestuje Inter, wymalował na twarzy furię, nawyzywał współtowarzyszy i wyszedł z gmachu (bo niby europejscy reprezentanci powinni mieć łatwiejszy start sezonu). Przeciętny sarmata poprzestałby na tym. De Laurentiis dorzucił w gratisie kwestię, jaki to "wstyd być Włochem", pogroził odejściem z futbolu i... odjechał na skuterze, który przypadkiem napatoczył się nieopodal.

Na pewno de Laurentiis to prezes obrotny, wciąga Napoli na szczyt, szczebel po szczeblu, a czy przy tym obwołamy go wizjonerem, dziwakiem, czy oszołomem to już zupełnie inna historia. Zresztą, co by nie powiedział, jak nie uargumentował, prezydent de Laurentiis i tak ma te osądy w dupie.

--

W sierpniu nastał kres wielomiesięcznych podchodów katalońskich pod transfer Fabregasa. Podchodów, które większość obserwatorów niemiłosiernie zmęczyły, fanów Barcelony i zwolenników samego piłkarza ekscytowały, a dziennikarzom pozwalały na klepanie pustych wierszówek. Rozpatrywałem zagwozdkę i ja, z odrobinę innej perspektywy. Zwolennicy Hiszpana, którzy ledwie dali mi spokój po wcześniejszym wpisie o swoim ulubieńcu, na powrót poniewierali moją mailową skrzynkę. Dzięki i za to!

Cesc Fabregas

„Oni pograli Fabregasem”

W pęczniejącym zamieszaniu Fabregas zaliczył już ode mnie paręnaście razów, między innymi w tekście "Kapitan bez klasy", ledwie miesiąc wstecz. Pod rzuconymi wówczas słowami wciąż się podpisuję (co wyrokować nietrudno) i zasłony z klawiatury stosować nie zamierzam. Kolejne cztery tygodnie - pełne niedomówień, a także pozbawione oficjalnych i jasnych komunikatów - jedynie promowały poradnik "Jak transferu nie przeprowadzać".

Wszyscy pogrywali sobie nieświadomym, niezdecydowanym Fabregasem. Przodowała prasa - obżarta dywagacjami, swoje brał Arsenal - podbijając kwotę roszady do znośnego poziomu, bawili się hiszpańscy żartownisie - ubierając pupila w trykot Blaugrany, tudzież podprowadzając zdjęcie kolegi z szatni Emirates, zasłaniał się Nasri - który wciąż brodzi między przenosinami, a negocjowaniem kontraktu, załatwiła sobie Barcelona - najlepszego rezerwowego świata. Biedny Cesc milczał, kibicom prawdy w twarz nie rzucił, przymilał się raz tu, raz tam.

Wewnętrzne rozdarcie Hiszpana da się zasadniczo pojąć. Młody chłopak trafia w wieku 16 lat z Barcelony do Arsenalu kuszony przez Wengera regularnymi występami, czego na miejscu by nawet nie powąchał, francuski manager z obietnicy wywiązuje się skrupulatnie, poświęca Cescowi osiem lat i chuderlawego młodzieńca czyni jednym z najlepszych pomocników świata. Właśnie z tegoż względu powrotna przeprowadzka do łatwych należeć nie może, co mimo wszystko gęstej atmosfery wokół transferu nie wyjaśnia.

Fabregas dopiero teraz zaczyna sprzedawać historię przenosin, wspomina o uczuciach i trudzie wyboru, dziękuje Arsenalowi i żegna się z Emirates. Gdzieś powolutku dociera do niego, co się wokół jego osoby działo, sprawcą jakiego zamieszania go obwołano. Pozostaje zagadka, ile czasu będzie jeszcze potrzebował, aby odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, czy wrócił na Camp Nou z tęsknoty za ojczyzną, wskutek miłości do klubu, za namową kolegów, czy najzwyczajniej został z Londynu wypchnięty.

Abstrahując od okoliczności w jakich transfer przeprowadzano, trzeba przyznać, że Fabregas rozsiadł się w Katalonii wygodnie. Gra wspaniale, w arcydobrej drużynie, w otoczeniu najukochańszych ziomków. Do tego w kilka miesięcy zaliczył zwycięstwa w Superpucharze Hiszpanii i Klubowych Mistrzostwach Świata – to dwie sztuki, tyle samo co przez lata u Wengera (Puchar Anglii i Tarcza Wspólnoty w sezonie 2004/2005). Chyba już czas przeprosić się z Fabregasem, będzie felieton z Hiszpanem w roli głównej.

--

Zostałem wywołany do tablicy niewybrednymi komentarzami kolegi rzymianina, znaczy się zwolennika wszechmocnej Serie A i jego najulubieńszej Romy. Podobno nie godzi się, aby na blogu królowały takie pierdoły jak Premier League, czy sprawa polska, a włoszczyzną nawet nie zaciąga. Spytałem więc, co tam nieopodal Stadio Olimpico... a tu proszę: trener nie bardzo, wizja modernizacji Romy niezbyt wiarygodna, kibice podzieleni, Totti niezadowolony - w sumie standardowo, jak co roku.

Totti, Enrique

„Rzymska prywata: Totti vs Enrique”

Oczekiwania przedsezonowe były spore, AS Roma zamiast tracić czas i siły w obrębie Ligi Europy, ma powrócić na tor właściwy zwany Ligą Mistrzów. Aby założenie uskutecznić do klubu przybył eks-katalończyk - Luis Enrique. Właśnie nowy trener jest odpowiedzialny za spodziewaną przemianę, połać żółto-czerwoną wzmocni w założeniu domieszka blaugrany, a sprowadzani piłkarze mają pasować do całej koncepcji (z miejsca podążył za przywódcą Bojan Krkic). Prześmiewcy z kolei już dziś wykrzykują frazesy o AS Barcelonie... Cóż, świat piłkarski podzielił się na tych, którzy Barcelonę chcą ograć antykatalońszczyzną i na tych, którzy sami chcą zostać Barceloną.

(…) w zespole już porządnie zawrzało (przyp. po kiepskich występach w LE). Zrodził się problem, bo Enrique śmiał posadzić na ławie gwiazdorski duet Boriello-Totti, przy czym należy wiedzieć, iż ten drugi jest w Rzymie nie do ruszenia, a swoje fochy nie raz, nie dwa przedstawiał bez ogródek przy bezwzględnym poparciu zagorzałych kibiców i klubowych władz. A że Francesco nie zwykł spoczywać w rezerwie, wyraził swoje niezadowolenie ze statusu rezerwowego i tym razem.

Generalnie w cywilizowanej lidze jest tak, że zawodnik negujący decyzje szkoleniowca, albo szybko się opamięta, albo z klubu bez szemrania wylatuje. Rzymska rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, od lat śpiewają tam na nutę dyrygenta Tottiego, a ten - jako jeden z najwybitniejszych piłkarzy w historii klubu, żywa legenda - pozwala sobie na zdecydowanie więcej, jak żaden inny zawodnik potrafi mącić oraz wpływać na klubowe decyzje i to na najwyższym szczeblu (vide zwolnienie trenera Ranieriego). Nie dowiemy się zapewne, ile prawdy spoczywa w najświeższych doniesieniach o wewnętrznym konflikcie, ale z dyskusji kibiców i wypowiedzi właściciela Di Benedetto wynika stały pewnik: rzymskie notowania Il Capitano nie schodzą z wysokiego pułapu.

Tottiego można lubić bądź nie, tak to już bywa z klasyfikowaniem jednostek ponadprzeciętnych, neutralnych komentarzy ze świecą szukać. Tam gdzie zwolennik widzi niezmordowanego gladiatora, przeciwnik prawi o wątłej piłkarzynie, jedni wynoszą Il Capitano do roli piłkarskiego geniusza, inni wytykają człowiecze słabostki i chamskie wybryki, gdy romanista mówi o nieskończoności bohatera, w kontrataku zgarnia słów parę o upadku jegomościa i tak w koło Macieju. Więcej w tym wszystkim osobistych sympatii czy antypatii, niż rzeczowej oceny piłĸarza wybitnego, który potężnymi zgłoskami zapisuje księgi nie tylko klubowe, ale także ligowe i reprezentacyjne, a przy okazji odpycha tych, którym krnąbrność, pycha i zacietrzewienie Francesco nieszczególnie odpowiadają.

(…) AS Roma zajmuje bardzo specyficzne miejsce na piłkarskiej mapie Europy, tutaj już nikt nie wie, czy chodzi na mecze by wspierać ukochaną drużynę, czy dla kolosalnego Il Capitano - obydwie czynności niekoniecznie podążają ze sobą w parze, granica między dobrem zespołu a korzyścią dla jednostki przyjęła niewyraźny kontur. (…)Trudno wyobrazić sobie by trener Enrique trwale odpuścił, a już absolutnie niemożliwym jest by Totti poddał się niedoświadczonemu zwierzchnikowi - Francesco przerabiał w Rzymie nie takich kozaków.

W komentarzach zawiązała się dyskusja. Jedni bili autora, inni wysławiali rzymskiego gladiatora, jeszcze inni pokazywali swoje antyrzymskie oblicze. Organizacyjnie rzecz biorąc, był to materiał o sporej oglądalności - klikaliście nań kilka tysięcy razy, z pewnością ścisłe TOP5 na „Po przerwie” w 2011 roku.  Chyba faktycznie za rzadko spoglądam na włoszczyznę… Może w tym roku uda się to zmienić. Przynajmniej się postaram.

--

Koniec odcinka 4. Cdn.

--

Facebookowy profil "Po przerwie"; Twitter "@Poprzerwie";

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Mając 9 lat zaskoczył kąśliwym
strzałem Eda De Goeya.
Kilkadziesiąt miesięcy później powalał
na klepisku Kamila Grosickiego.
Uznał wyższość działaczy i zakończył
karierę w wieku 19 lat.
Nie poddał się. Bywał w radiu i TV -
gdy szukali materiału na zapchanie
ramówki oczywiście. Nie pokonał go
Witold Odrobina w audycji na żywo.
Niektórzy twierdzą, że dobrze pisze.
Pewne jest jedno, ciągle powraca...
Po przerwie.